Minimalizm kosmetyczny. Co ja o nim sądzę i czy jestem minimalistką?

Witajcie Kochani!!!

Minimalizm kosmetyczny to ostatnimi czasami bardzo modne określenie. Używa go coraz więcej osób a i każdy określa go inaczej.

Mnie samym zagadnieniem kilka miesięcy temu "zaraziła" Aga z Nowego Jorku znana jako Nissiax83. Po oglądnięciu wszystkich jej filmików postanowiłam i ja przejrzeć swoje miejsce dowodzenia i zrobić w nim nieco porządku.

Zanim jednak przejdę do omówienia chciałabym zaznaczyć że minimalistką w żadnym stopniu się nie czuję. Wręcz przeciwnie. Nadal uważam że mam za dużo kolorówki jednak jak zobaczycie/przeczytacie poniżej wiele kosmetyków kolorowych mam na wykończeniu więc stan końcowy w najbliższym czasie na pewno jeszcze się uszczupli.
Zakupy nadal "popełniam" i raz na jakiś czas skuszę się na coś co albo okaże się bublem (w moim przypadku) lub kosmetykiem który jest fajny ale...no właśnie ale leży i zalega a termin ważności nieubłaganie mija. Niestety zdarza się czasami i tak że kupuję coś co kompletnie mi się nie przyda/ nie używam tego typu kosmetyku a skuszę się pod wpływem impulsu. Na szczęście tego typu zakupy odchodzą już w niepamięć i zdarzają się niezmiernie rzadko z czego bardzo się cieszę.

Ilość kosmetyków jaką zobaczycie poniżej dla jednych może wydawać się duża dla innych wręcz przeciwnie. Ja uważam że póki co jest ok (i tak jak już wspomniałam powyżej kilka kolejnych kosmetyków w niedługim czasie się skończy). Czy mogło by być ich mniej? Jak najbardziej! Czy mogłoby być więcej a i owszem ale póki co cieszę się z tego co mam i to staram się zużyć.


Moja toaletka to tak na prawdę biurko z Ikea znane i z tego co widzę lubiane. Często służy właśnie jako toaletka. Chciałabym mieć tą dłuższą wersję jednak wymiary nie mieszczą się w mojej sypialni. Plus tego jest taki że wszystko muszę zmieścić w jednej szufladce.:D a co za tym idzie nie mogę i nie chcę szaleć z kolorowymi zakupami.
W przyszłości chciałabym zakupić sobie jeszcze na toaletkę szybę którą można dostać również w Ikea. Ułatwiała by mi bardzo porządek a i rozlany podkład nie był by straszny:)
Fotel również pochodzi z Ikea.
Narzutka to taki pluszak (oczywiście sztuczny) imitujący skórę chyba owieczki;) W każdym bądź razie jest bardzo milusi. Narzutka kupiona na carboot.

A w środku...



Pomieszanie z poplątaniem. 

Co ja robię?
Posłuchałam się rady Nissiax83 i na początek wyjęłam wszystko z szuflady. Biały separator to tak na prawdę pojemnik na sztućce również z Ikea ale świetnie sprawuje się jako organizer do szuflady. Mieści wszystko co jest mi potrzebne, jest funkcjonalny i bardzo łatwo się czyści.


Po opróżnieniu separatora/ pojemnika na sztućce;) jak kto woli, pierwsze co robię to go myję i suszę/osuszam. Następnie wycieram szufladę.
Wszystkie kosmetyki wyciągam, segreguję według kategorii i je również czyszczę.


(wydaje się tego sporo)

Następnie sprawdzam kosmetyki każdy po kolei tzn. sprawdzam ich odcienie, termin przydatności, ogólny stan i robię selekcję. Kosmetyki które się nie sprawdziły u mnie zazwyczaj lecą w świat, inne oddaje rodzinie. Rzadko je jednak sprzedaje gdyż na najbliższą pocztę mam kawałek drogi a brak czasu sprawia że nie mam kiedy się tym po prostu zająć. Poza tym cieszę się że kosmetyk przeze mnie nieużywany może komuś innemu sprawić radość.


Odseparowanie kosmetyki tym razem to:

- baza pod cienie z Urban Decay w odcieniu Eden. O ile wersja Oryginal sprawdzała się u mnie od paru dobrych lat tak tym razem diabeł mnie podkusił i kupiłam inny odcień. Owszem ładnie wyrównuje kolor na powiekach, zakrywa drobne żyłki czy przebarwienia ale cóż z tego skoro nie spełnia swojej najważniejszej roli czyli nie utrzymuje cieni na powiekach. Owszem mam bardzo tłuste powieki ale jej fioletowa siostra spisywała się u mnie o wiele lepiej dlatego też odcienia Eden niestety nie mogę osobiście polecić a sama baza wędruje dalej.

- bronzer z MAC w odcieniu Matte. Nie wiem co podkusiło mnie do jego zakupu. Odcień bardzo ciemny i zdecydowanie nie dla dziewczyn o jasnych karnacjach. Plus za matowe wykończenie, trwałość ale nic poza tym. Panu również dziękujemy.

- przezroczysty żel do brwi Brow Artist Plumper od L'oreal to mój ulubieniec, który właśnie się skończył dlatego ląduje w pojemniku do projektu denko jednak dla osób które oczekują że ich niesforne włoski będą mega ujarzmione niestety się nie nadaje. Za małe utrwalenie. 

- i na koniec pomadka w matowym wykończeniu Please Me również z MAC, którą dostałam od koleżanki. Kolor piękny, trwałość na 3 z plusem jednak dla osób które tak jak ja mają żółtą kość zębową niestety ten kolorek nie będzie odpowiedni. Za bardzo podkreśla "żółtość" zębów.

Po segregacji i oczyszczeniu kosmetyków układam je z powrotem w odpowiednie miejsca i kolejności która mi najbardziej odpowiada.


Przegródka, która będzie w głębi zapełniła się kosmetycznymi zapasami, próbkami i innymi pierdółkami. Zapasów staram się nie robić a i na promocje oferujące kilka rzeczy za darmo lub 3 za 2 coraz rzadziej się kuszę. Mimo to jestem zdania że skoro i tak w najbliższym czasie będę potrzebowała np. korektora to dlaczego nie mam zaoszczędzić i nie kupić go sobie podczas promocji a to że poleży i poczeka na swoją kolej miesiąc...przecież nic mu się nie stanie. 


Kolejna przegródka to róże, bronzery i pudry.

Róż posiadam w liczbie 1. Dlaczego? Zdecydowanie wole bardziej bronzery gdyż do róży nie mogę się przekonać. Wynika to bardziej chyba z tego że nie mam dobranego odpowiedniego koloru. Mój jedyny róż z Narsa Deep Throat jest różowy z podtonami... ja wiem...brzoskwiniowymi i z bardzo drobnymi złotymi drobinkami, których praktycznie nie widać, ale jest mocno na pigmentowany więc muszę uważać żeby nie zrobić z siebie klauna. 

Rozświetlaczy mam AŻ 2. Dlaczego AŻ 2 skoro rozświetlaczy na co dzień nie używam wcale???!!! To bardzo dobre pytanie. Dlaczego nie używam? Przy mojej tłustej cerze jakoś mi się to nie widzi. Czasami ale to bardzo rzadko zaznaczam sobie kości policzkowe i efekt nawet mi się podoba ale na co dzień nie umiem się przemóc.

Za to bronzery kocham miłością bezgraniczną szczególnie te w ciepłych odcieniach. Te chłodne powodują na mojej twarzy efekt "brudnego policzka". Dlatego zdecydowanie wolę ocieplać swoją twarz niż ją konturować.
Na chwilę obecną posiadam bronzer z Mac z limitowanej kolekcji Ellie, Hoola z Benefit-u oraz MUFE  w odcieniu 25L jednak ten ostatni wydaje się być dla mnie za pomarańczowy. Po testuję go jeszcze przez jakiś czas i wtedy zdecyduje co z nim zrobić.

Pudry to też moja wielka miłość i tak...jestem pudernicą. Jak widzicie mam pudry sypkie bo takich najłatwiej mi się używa. Transparentne bo łatwo je dopasować do cery (choć niektóre bielą troszkę bardziej niż inne). Na chwilę obecną mam puder korygujący z Kiko, który okazał się puderem bardziej rozświetlającym i używam go pod łuk brwiowy, gdyż na buzi tworzy efekt kuli dyskotekowej a przy mojej cerze taki efekt jest najmniej pożądany. Następny to puder transparentny z MUFE Hd bardzo drobno zmielony, puder z Vichy i puder z MAC Prep+ Prime. Ten ostatni jest dla mnie póki co numerem jeden.

Troszkę tego jest- trzeba to przyznać ale same pudry są już na wykończeniu. Największy problem jest z rozświetlaczami ale je używam jako cienie do powiek i w tej roli sprawdzają się fantastycznie. A bronzery? Bronzerów nigdy dość:D



Pomadki i błyszczyki.

Stan moich pomadek i błyszczyków który widzicie powyżej na chwile obecną oceniam na 5. Jeszcze parę miesięcy temu szufladka nie domykała się z nadmiaru tego typu produktów. Teraz uszczupliłam swoje zapasy i jestem z tego powodu bardzo zadowolona. Kilka błyszczyków (Dior, Lily Lolo) oraz pomadek (Mac, Revlon, Tarte) jest na wykończeniu więc w najbliższych miesiącach ten stan też ulegnie zmianie. Jeżeli chodzi o pomadki w najbliższym czasie nie mam zamiaru nic dokupywać tzn. uzbierało mi się już około 12 pustych opakowań z Mac (za każde 6 pustych opakowań dostaje się 1 wybraną przez siebie pomadkę z regularnej kolekcji) więc może wymienię sobie je na jakieś pomadki (w głowie krążą mi Velvet Teddy, Whril) a jeżeli chodzi o błyszczyki to zarówno Dior Lip Maximizer jak i Lily Lolo bardzo lubię i prędzej czy później i tak dokupię sobie kolejne ich opakowania. Dla mnie to jedne z najlepszych błyszczyków jakie miałam okazję testować.


Największa przegródka należy do kosmetyków, które używam codziennie. 
Tusz Miss Sporty Studio Lash, kredka do brwi Catrice, baza pod cienie z Mac, żel do brwi z Collection- nowość i mam nadzieję że się sprawdzi, korektor Pro Longwear z Mac i podkład z tej samej linii. Do utrwalenia makijażu używam Catrice All Matt, jak widzicie jest i duże denko, oraz kulek Guerlain ale nie codziennie. 
Pęseta Tweezerman niekwestionowany ulubieniec też musi być pod ręką.


Ostatnia przegródka to podkłady.

Jest ich sporo ale na swoje usprawiedliwienie dodam że w przyszłym roku wychodzę za mąż i szukam dobrego i przede wszystkim trwałego podkładu na ten jeden z najważniejszych dni w życiu każdej z nas. 
Testy idą pełną parą.
Na chwilę obecną na miejscu pierwszym klasyfikuje się nie kto inny jak Double Wear od Estee Lauder. Niestety ten odcień był dla mnie źle dobrany i jeżeli już zdecyduję się na niego będę musiała kupić podkład w innym odcieniu.
Pozostałe są dobre i bardzo dobre (większość z nich też jest na wykończeniu choć tego na zdjęciu nie widać) ale jednak coś mi w nich nadal brakuje.


Po ogarnięciu wszystko prezentuje się mniej więcej tak.

Pozostały nam jeszcze cienie.

Staram się nie kupować już gotowych palet a to dlatego że zawsze w takich paletach znajdują się cienie których nigdy tak na prawdę nie będę używać. 
Przykładem może być limitowana paleta Gwen Stefani dla Urban Decay. I o ile cienie neutralne wpadające w beże, brązy, nude zużyję z przyjemnością tak cienie po prawej stronie i na samym dole podejrzewam że nie wykorzystam nawet w 5%.
Paleta sama w sobie jest piękna i nie pozbędę się jej. Wykorzystam cienie które najbardziej mi pasują a resztę podejrzewam że wyrzucę.


Paletkę z Inglota dostałam od narzeczonego. W niej znajdują się cienie zarówno Inglot jak i Mac. Kompletuję ją sobie sama i wiem że kolory przeze mnie wybrane będą mi służyły do samego końca. W niektórych jest już i spore denko. Uwielbiam samą paletę jak i cienie. Są świetnej jakości i nie wykluczam że jeszcze kiedyś w przyszłości dokupię parę kolorów z Inglota.


Naked od Urban Decay. Pierwsza z coraz bardziej rozrastającej się rodziny Naked paleta a w środku cienie bardzo różne. Jest ona tak znana że nie trzeba jej nikomu przedstawiać. Ale co z opakowaniem. Welur (tak się chyba ten materiał nazywa) "łapie" wszystkie kłaczki, kurz, drobinki i wszystkie odciski palców.


Mam na to sposób. Klejącą rolkę do ubrań ma chyba każda pani domu i to nią właśnie czyszczę swoją paletkę. 


Prawda że wygląda o dużo lepiej:) ? 


Po wyczyszczeniu wszystkich kosmetyków i ich ułożeniu na swoich miejscach zabieram się za wolne przestrzenie które pozostały w szufladzie.


A na obrzeżach mieszczą się gąbeczki do makijażu, lakiery do paznokci, 2 temperówki oraz patyczki kosmetyczne.
Schemat jest ten sam. Sprawdzam, robię swatche, analizuję i odrzucam rzeczy, które już nie są mi potrzebne.


Pozostawiam tylko swoje ulubione koloru. Z racji swojej pracy nie mogę na co dzień mieć lakieru na paznokciach dlatego też tak rzadko po nie sięgam. Mimo to warto mieć klasyki w swojej szufladce na "specjalne okazje".


Reszta wędruje w świat:)

Pozostały jeszcze pędzle bez których ciężko o dobry i staranny makijaż.


Pędzle mam w dwóch pojemniczkach. Te do oczu trzymam w lampionie z Ikea a te do twarzy w szklanym pojemniku po wypalonej świeczce.

Wszystkie bez wyjątku idą "do prania" plus gąbeczki i puszki.



Pędzle myję albo mydłem lub olejkiem pod prysznic takim który emulguje. 
Wszystkie rozkładam i segreguje. Te do twarzy, te do oczu.


I podobnie jak wcześniej analizuję które tak na prawdę używam i dobrze się sprawdzają a które nie nadają się do niczego. Odrzuciłam ich dość sporo.


Dlaczego akurat te?
Zaczynając od lewej.
Pędzel z Real Technique, który jest do pudru. Ja puder wciskam w twarz albo pędzlem z Eco Tools- grubaskiem albo zwykłym puszkiem. Tym pędzlem nawet tego się nie da zrobić. Do innych czynności też mi nie pod pasował.
Kolejny z Real Techniques jest do różu. Zachwalany niemal że wszędzie ale ja nie widzę go u siebie. Jedyny plus jest taki że świetnie radzi sobie z mega na pigmentowanymi różami czy bronzerami gdyż nabiera niewielką ilość produktu i nie można nim zrobić sobie plam.
Kolejne to Sigma i Hakuro do podkładów. Tak jak wspomniałam podkład nakładam beauty blenderem i nie wyobrażam już sobie powrotu do tradycyjnych pędzli.
Ten dziwak z Eco Tools nawet nie wiem do czego ma służyć. 
Kolejny z RT do korektora. Korektor również rozprowadzam BB a poza tym ten pędzelek ma bardzo zbite włosie i ogólnie ciężko z nim współpracować.
Sigma pencil brush. Był użyty przeze mnie może 3 razy.
RT do nakładania pomadki- bubel.
Pędzel z Mac do brwi lub eyelinera. Do brwi używam kredek a do eyelinera kompletnie się nie nadaje.
Kolejny pędzel do eyelinera jak widać umarł śmiercią naturalną. 
I na koniec puszki i jeden mały kabuki z H&M. 

Te które pozostały to:

Do twarzy


 I do oczu.


Do oczu mam wszystko co na tę chwilę potrzebuje amatorka w makijażu, natomiast do twarzy przydał by mi się porządny pędzel do bronzera. Jeżeli macie coś godnego do polecenia chętnie poznam wasze propozycje.

Końcowy efekt prezentuje się następująco:




Dużo rzeczy się nie pozbyłam ale co nieco ogarnęłam. To co mam starczy mi na kilka dobrych miesięcy a w najbliższym czasie nie mam w planach jakichkolwiek zakupów kosmetycznych kolorówkowych. 
W najbliższym tez czasie wiele rzeczy mi się pokończy bo jest po prostu na wykończeniu więc i więcej miejsca na pewno się zrobi. Może raz na jakiś czas wrzucę małą aktualizację mojej toaletki.

Jak widzicie minimalistką nazwać się nie mogę ale staram się dążyć do "perfekcji". Makijaż w miarę ogarnęłam tak samo jak pielęgnację twarzy. Jeżeli chodzi natomiast o pielęgnację ciała nadal kuleję gdyż największy problem mam z nie czym innym jak z żelami pod prysznic. Gdzie tylko zobaczę coś nowego nie mogę się powstrzymać przed zakupem. Wierzę jednak że trening czyni mistrza i za niedługo i w tej kwestii pochwalę się swoimi "małymi osiągnięciami".

Tym samym na dziś tyle. Rozpisałam się jak mało kiedy.

Jeśli macie jakieś pytania piszcie śmiało. Jeżeli interesuje Was konkretny kosmetyk również. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie Wasze pytania.

Ściskam

Kokos

sobota, 19 sierpnia 2017

Czytaj dalej » 19

Dior Addict Lip Maximizer

Witajcie Kochani!!!

Czy jestem pomadko/błyszczykomaniaczką posiadając obecnie w swoich zbiorach 3 błyszczyki i 9 pomadek???!!! Dobre pytanie bo dla każdej z nas maniactwo to kwestia bardzo indywidualna. Jeżeli chodzi o dobór produktów do ust jestem bardzo wymagająca. Wiele rzeczy najczęściej mi nie odpowiada a znalezienie odcienia w którym będę czuła się dobrze praktycznie graniczy z cudem. Krzykliwe kolory, które obecnie zalewają kosmetyczne rynki zupełnie nie są dla mnie.

Dior Addict Lip Maximizer to produkt stworzony dla mnie. 


Opakowanie jak przystało na Diora- klasyk. Błyszczące, eleganckie i zarazem proste czyli to co lubię najbardziej. 



Kolor delikatnego różu bez tandetnych drobinek. Pięknie mieni się w słońcu. Odcień 001 PINK.





Aplikator w formie gąbeczki. Nawet bez lusterka jesteśmy w stanie zaaplikować go na usta bez większych wpadek;)


Opis producenta:

Błyszczyk z aktywnym kolagenem daje natychmiastowy efekt wypełniający (globulki wiążące wodę i globulki hialuronowe zagęszczają substancję międzykomórkową i zwiększają objętość, a żywica poprawia ukrwienie ust). Daje również długotrwały efekt wypełniający (cząsteczka lipoaminokwasu stymuluje syntezę kolagenu i chroni elastynę) i doznanie świeżości bez nieprzyjemnego pieczenia (baza mentolu z dodatkiem mięty i wanilii).-(źródło wizaz.pl)

Jeżeli chodzi o działanie to Lip Maximizer spełnia wszystkie moje wymagania. Jednak na wstępie dodam że o ustach Angeliny Jolie możemy zapomnieć. On na pewno nam ich nie zrobi;) Błyszczyk ma za zadanie wypełniać i powiększyć nam usta. O takim efekcie nawet nie myślałam bo jestem zdania że kosmetyki tego typu nie są w stanie po prostu "napompować" nam ust.
Po nałożeniu czujemy delikatne mrowienie/chłodzenie które nie każdemu może odpowiadać ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Uwielbiam używać go do delikatnych makijaży jak i na specjalne wyjścia, kiedy nie wiem co mam nałożyć na usta, kiedy wychodzę jedynie "do sklepu" lub kiedy mam bardzo przesuszone usta. Dlaczego? Nie wiem jak on to robi ale kiedy moje usta aż wołają o jakąkolwiek dawkę nawilżenia on nałożony od razu je uspokaja.

Nie klei się, nie waży, nie zbiera w załamaniach. Schodzi równomiernie nie pozostawiając nalotu. Trwałość określiłabym na 3. Nie przetrwa jedzenia czy picia ale też nie jest to produkt długotrwały więc nie można mu zarzucić braku trwałości.

Nałożony solo jak i na np. jasne pomadki tworzy za każdym razem inny i bardzo oryginalny odcień.

Co można mu zarzucić. Jak w przypadku marek luksusowych oczywiście cenę która waha się 130-170 zł w zależności gdzie go kupimy. Dla jednych 6 ml produktu za taką cenę może być ceną zawrotną i zgadzam się i z taką opinią. Ja za swój egzemplarz zapłaciłam całe 5Ł gdyż miałam uzbierane dość punktów na swojej karcie lojalnościowej aby móc je wymienić na dowolny produkt. I w taki oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką mojego małego hitu i odkrycia 2015/2016 roku. Bardzo mocno zastanawiam się również czy nie nałożyć go w dzień swojego ślubu (który już niebawem:D).


Podsumowując. Mój numer 1 jeżeli chodzi o błyszczyki (pomadkowego hitu nadal szukam). Jestem już w połowie opakowania i jestem pewna że jak tylko mi się skończy kolejne opakowanie na pewno zagości w mojej kosmetyczce. Gorąco polecam!!!

A jakie są Wasze ulubione błyszczyki? Jakie kolory najczęściej wybieracie?

Ściskam

Justyna

piątek, 17 lutego 2017

Czytaj dalej » 9

Desert Essence Coconut Shampoo

Witajcie Kochani!!!

Przychodzę dziś z postem dla miłośniczek kokosowych zapachów oraz włosomaniaczek. Jak wiecie lub nie od kilku lat oglądam filmiki na Youtube Agi z Nowego Jorku. W jednym z filmów polecała szampon oraz odżywkę marki Desert Essence kokosową - nawilżającą do włosów suchych. Ja włosów suchych zdecydowanie nie mam (jedynie końce są suche ale je staram się ratować olejkami) ale jako miłośnicza kokosu musiałam wypróbować ten duet.



Odżywkę miałam w wersji podróżnej. Niestety nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak zrobił to szampon dlatego też dzisiejszy post poświęcony będzie tylko szamponowi.


Tradycyjnie zacznę od opakowania. Szampon zamknięty jest w miękkiej tubce z zamykaniem na zatrzask. Każdy kosmetyk marki Desert Essence dodatkowo zabezpieczony jest srebrną folijką dzięki czemu mamy pewność że nikt przed nami go nie otwierał. A ważny to szczegół gdyż szampon ma na prawdę bardzo dobry skład i jest ważny od otwarcia 6 miesięcy.



Pierwszy raz spotykam się z taką konsystencją szamponu. Jak zobaczycie poniżej na zdjęciu szamponem ciężko to nawet nazwać. Jestem przyzwyczajona do lejących konsystencji szamponu a tutaj mamy prawie pastę. Kolor perłowy. I tutaj wspomnę jeszcze o zatyczce. Otworek w zatyczce jest tak maleńki że gdy chcemy wydobyć szampon pod prysznicem musimy niestety troszkę się namęczyć. Do tego woda nam tego nie ułatwia. Ale i to udało mi się obejść:) Po prostu odkręcam zatyczkę. Otwór wtedy jest większy a i szampon łatwiej wychodzi. Na zdjęciu widzicie ilość jaką potrzebuję na jednorazowe umycie swoich sięgających pasa włosów!!! TAK!!! To nie żart. Sama byłam w szoku że taka ilość będzie w stanie umyć moje długie włosy. Podczas kilku pierwszych myć oczywiście nadużywałam produktu ale teraz wiem że takie ziarenko groszku wystarczy.




Zapach kokosowy ale ja bym bardziej skłaniała się do stwierdzenia że to zapach wody kokosowej niż np. olejku kokosowego. Nie mniej jednak zapach jest przyjemny i zwolenniczki kokosowych zapachów będą zadowolone. Niestety nie utrzymuje się zbyt długo na włosach.

Do samego działania nie mam żadnych zastrzeżeń. Dla mnie szampon ma włosy przede wszystkim myć i je oczyszczać z wszelkich zanieczyszczeń. Ten to robi i dodatkowo pięknie pachnie. Jak na taki dobry skład super się pieni. Po zmyciu mamy uczucie czystych ale nie "skrzypiących" włosów i uczucie nawilżenia. Przy moim tłustym skalpie obawiałam się szybszego przetłuszczania, łupieżu a nawet podrażnienia jednak bezpodstawnie. Szampon zaskoczył mnie pod każdym względem. 

Zużyć dla mnie 400 ml szampon w miesiąc to żaden problem (przy codziennym myciu) ale w tym przypadku zastanawiam się czy uda mi się go zużyć w przeciągu 6 miesięcy;) Tak wydajnego szamponu jeszcze nie miałam okazji używać.


Dane dodatkowe:
Nazwa: Desert Essence Coconut Shampoo Nourishing for Dry Hair
Pojemność: 237 ml
Cena: w zależności gdzie go kupimy waha się pomiędzy 4Ł- 10Ł
Dostępność: najtaniej dostaniemy do na stronie iHerb, (tam i ja go zamawiałam, niestety zostało doliczone mi cło więc cena za szampon i inne rzeczy automatycznie wzrosła), eBay, http://www.natureshealthbox.co.uk/

Marka Desert Essence nie testuje na zwierzętach za to wielki plus. 

Tak jak wspomniałam wcześniej odżywka nie zaskoczyła mnie aż tak jak zrobił to szampon. Jestem pod wielkim wrażeniem kosmetyków tej marki i mam ochotę wypróbować więcej z ich asortymentu. W kolejce czeka cytrynowy szampon i odżywka winogronowa. 

Kokosowy szampon mogę Wam z całego serca polecić. Nie tylko fankom kokosowych zapachów:D

Ściskam

Justyna

środa, 15 lutego 2017

Czytaj dalej » 9

The Body Shop Spa of the World African Ximenia Scrub

Witajcie Kochani!!!

Opakowanie mojego jednego z ulubionych peelingów dobiega końca więc jest to najwyższy czas aby co nieco o nim napisać, bo jest o czym.
Mowa dziś będzie o łagodzącym peelingu do ciała marki The Body Shop z serii Spa of the World African Ximenia Scrub.


Serdecznie zapraszam do lektury.

Od producenta:

W Afryce drzewo Ximenia jest znane jako Drzewo Życia, tak silne są właściwości zmiękczające skórę jego olejów. Ten wygładzający peeling do ciała delikatnie złuszcza naskórek, pozostawiając skórę miękką i lśniącą. (opis ze strony producenta)

Duże, solidne opakowanie wykonane z mocnego plastiku. Pojemność 350 ml zdawała mi się nigdy nie kończyć a to zapewne za sprawą konsystencji, która jest niezwykle zbita, gęsta wręcz określiłabym ją mianem pasty ścierającej. Drobinki nie są super ostre ale jest ich dużo.




Zapach to ten z rodzaju, którego bardzo ciężko opisać. Jak do tej pory nie spotkałam się z podobną nutą zapachową w jakimkolwiek innym kosmetyku. Cała linia kosmetyków Spa of the World ma bardzo ciekawe i charakterystyczne zapachy, które jest na prawdę ciężko opisać. Mi ten zapach kojarzy się z ziemią ale w tym pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zapach ziemi rozgrzanej afrykańskim słońcem, zapach piasku, zapach morza. Dla mnie przyjemny i relaksujący.


Działanie. Spodziewałam się porządnego zdzierania a otrzymałam delikatny peeling aczkolwiek bardzo pobudzający i efektywny. Tak jak wspomniałam drobinki są małe i nie zbyt ostre ale mimo wszystko robią dobrą robotę i po zabiegu skóra jest gładka i miękka w dotyku. Zapach nie utrzymuje się niestety zbyt długo na skórze. Na szczęście po peelingu i spłukaniu go z ciała nie pozostaje żadna tłusta warstwa a mimo to czuć że skóra jest nawilżona i osoby z skórą normalną podejrzewam że nie musiały by użyć dodatkowego balsamu.
Peelingu używałam na dwa sposoby.

Pierwszy: na suchą skórę okrężnymi ruchami rozprowadzałam pastę. Wydawać by się mogło że aplikacja na sucho spowoduje że efekt ścierający będzie lepszy. W moim przypadku tak nie było. Miałam takie samo odczucie jak podczas aplikacji na wilgotne ciało. A ile trzeba było się przy tym nagimnastykować aby peeling rozprowadzić na tej suchej skórze. Dlatego też osobiście polecam używać go na wilgotne ciało.

Drugi sposób: czyli tak jak wspomniałam wcześniej. Dzięki wilgoci na skórze peeling bardzo dobrze "ślizga" się po skórze i łatwo daje się rozprowadzić. Drobinki nie dość że delikatnie ścierają to przy okazji masują nam skórę pobudzając tym samym krążenie. Spłukuje się bardzo dobrze.

Skład:


Cena za 350 ml produktu to około 90-95 zł. Ważny 12 miesięcy od otwarcia. Dostępność salony The Body Shop.

Podsumowując. Jestem bardzo zadowolona z działania, zapachu jak i całości African Ximenia Scub i zdecydowanie jeszcze nie raz do niego powrócę. Wam mogę go z czystym sumieniem polecić.

Ściskam 
Justyna

niedziela, 5 lutego 2017

Czytaj dalej » 37